Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Prószyński i S-ka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Prószyński i S-ka. Pokaż wszystkie posty

środa, 10 sierpnia 2011

"Kobieta bez twarzy" Anna Fryczkowska


Hanna Cudny to dojrzała kobieta, która na co dzień pracuje w redakcji kobiecego pisma "Przyjaciółka". Niespodziewanie samobójcza śmierć męża każe jej jednak zakończyć dotychczasowe życie i zacząć wszystko od nowa. W ten sposób Hanna wraz z córką i synem trafia do małej wioski, w której jako dziecko spędzała letnie wakacje. Mały dom położony tuż obok lasu, posada nauczycielki angielskiego w miejscowej szkole oraz dawni znajomi - wszystko to ma zapewnić Hannie spokój, szczęście i możliwość pozostawienia za sobą całego zła, które ją spotkało. Jednakże - jak się dość szybko okazuje - wiejska sielanka to tylko pozory. Dzieci Hani odnajdują w okolicy zwłoki, w domu pojawiają się duchy, ktoś próbuje przestraszyć rodzinę Cudnych, a rodzice jednego z uczniów przepadają bez śladu... I tak zaczyna się szereg dziwnych zdarzeń, które po raz kolejny pokażą, że życie to nie bajka.

Jak można dowiedzieć się z krótkiej notki biograficznej zamieszczonej na skrzydełku okładki, Anna Fryczkowska jest (między innymi) scenarzystką. Już pierwsze strony "Kobiety bez twarzy" przywodzą na myśl scenariusz dobrego filmu kryminalnego, a im dalej brniemy, tym bardziej uwidacznia się talent autorki. Na wstępie otrzymujemy zwłoki kobiety w leśnym stawie, nawiedzony dom, dziwnych sąsiadów, stare lustro, w którym (jeśli spojrzy się w nie w nocy) wyraźnie widać niezidentyfikowane cienie... Akcja nabiera rozpędu już na samym początku i myślę, że fakt ten zasługuje na niemałą pochwałę. Kryminał to gatunek, który wymaga napiętej atmosfery, zwrotów akcji i dostarczenia czytelnikowi wielu emocji, a "Kobieta bez twarzy" spełnia oczekiwania w każdej z tych kwestii. 

Warto także wspomnieć o narracji, którą autorka poprowadziła dwutorowo. W książce przeplatają się rozdziały pisane z punktu widzenia zarówno głównej bohaterki, Hanny, jak i jej córki, Michaliny. Zabieg ten, moim zdaniem, okazał się bardzo trafiony. To duże i bardzo pozytywnie wpływające na odbiór książki urozmaicenie, kiedy czytelnik może obserwować wydarzenia z perspektywy dwóch bohaterów. W tym przypadku dodatkowym smaczkiem jest fakt, iż Misia, jako dziecko, przedstawia wszystko z zupełnie innej strony niż jej matka, zwraca uwagę na inne szczegóły i inne kwestie. Ponadto jest ona tak ciekawą świata dziewczynką, że naprawdę trudno jej nie polubić. Autorka doskonale poradziła sobie z ukazaniem świata widzianego oczami kilkuletniego dziecka, a świat ten nie należał do "normalnych". W końcu niecodziennie odnajdujemy w lesie zwłoki, a ktoś nieznajomy biega w nocy po naszym podwórku, prawda?

Miejsce akcji - mała wieś na Podlasiu - odgrywa dość dużą rolę w powieści, a co więcej, świetnie buduje jej klimat. Autorka przenosi nas do Świątkowic, które opierają się stereotypom i nie mają w sobie nic ze spokojnej, cichej wioski, gdzie sąsiadki spędzają wieczory na ławce pod płotem i wymieniają się przepisami na ciasta i konfitury. Tu pełno jest tajemnic, ludzie znikają bez śladu, a w okolicznych lasach czają się mordercy, którzy każdego, kto im zawadza mogą utopić w stawie lub zakopać głęboko pod ziemią. Raczej nie brzmi to sielankowo. 

Jedynie zakończenie nieco wypaliło moje pozytywne wrażenia... Spodziewałam się czegoś bardziej wstrząsającego, choć może to moja wyobraźnia za dużo wymaga? Niemniej jednak oczekiwałam czegoś mocnego, z dużą dawką napięcia, podczas gdy autorka zakończyła powieść dość... spokojnie. 

Podsumowując: jeśli macie ochotę na naprawdę dobry kryminał, zdecydowanie polecam "Kobietę bez twarzy". W pełni zasługuje na miejsce w serii Asy kryminału.


Za egzemplarz recenzyjny dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka.

poniedziałek, 20 czerwca 2011

"Dom tysiąca nocy" Maja Wolny


Po literaturę polską sięgam niezwykle sporadycznie, mogę wręcz powiedzieć, że prawie wcale. I choć nie mam żadnych konkretnych uprzedzeń, to jednak nie potrafię spojrzeć przychylnie na twórczość naszych rodzimych pisarzy. Co więc skusiło mnie do sięgnięcia po książkę Mai Wolny? Właściwie odpowiedź jest prosta - skusiła mnie okładka. Czarno-żółta tonacja, w której utrzymana jest szata graficzna, skutecznie przyciągnęła moją uwagę. Pomyślałam więc, że i treść zasługuje zapewne na chwilę uwagi.

Początek historii jest nieco schematyczny: Malwina, pięćdziesięcioletnia kobieta po przejściach postanawia spakować do walizki cały swój dobytek, wynająć przypadkowemu człowiekowi kieleckie mieszkanko i wyruszyć w nieznane. Konkretniej – do Sorrento, małego miasteczka turystycznego, położonego na południu Włoch nad Zatoką Neapolitańską, gdzie zamierza podjąć pracę jako pomoc domowa. Ma nadzieję, że ta radykalna zmiana pomoże jej zapomnieć o tragicznych wydarzeniach z przeszłości i nauczyć się na nowo korzystać z uroków życia. Jej „podopieczną” staje się Carla Russo – kobieta, która lata młodości ma już dawno za sobą. Jest także ktoś jeszcze. Ktoś, kto wpłynie na życie Malwiny w znaczący sposób – osiemnastoletni wnuk Carli, Bruno, obdarzony nadzwyczajnym talentem literackim.

Jak już wspomniałam, fabuła zarysowuje się dość typowo, żeby nie powiedzieć, że banalnie. Malwina – kobieta, jakich wiele. Na pierwszy rzut oka nie wyróżnia się niczym szczególnym, choć, jak zaznacza autorka, pomimo swego wieku nadal zachwyca mężczyzn sympatyczną twarzą bez zmarszczek oraz długimi, zgrabnymi nogami. Byłaby to bohaterka niemalże idealna, gdyby nie to, że Maja Wolny włożyła jej na plecy ogromny bagaż bolesnych doświadczeń. A dzięki temu Malwina zyskuje naprawdę dużo, gdyż nagle staje się postacią realną, bardzo bliską czytelnikowi. To osoba, od której można się wiele nauczyć. Czytając o tragedii, z którą przyszło jej się zmierzyć, zastanowiłam się, jak potoczy się moje życie - czy i dla mnie los szykuje takie "niespodzianki"? To niezwykle zadziwiające, jak szybko może zmienić się nasza codzienność, w mgnieniu oka dotychczasowe szczęście i dostatek może przemienić się w drogę ubitą z kamieni poprzetykanych kolcami. Dumni z siebie mogą być ci, którzy - podobnie jak Malwina - z lekkim uśmiechem na ustach potrafią się po niej poruszać, skrzętnie omijając wyboje i nierówności.

Maja Wolny stworzyła niezwykle barwną, wprost poetycką opowieść, a wszytko to za sprawą języka, którym się posługuje. Jest on niepozbawiony metafor i różnego rodzaju aluzji, niekiedy wręcz ciężko odróżnić prawdę od fikcji. W "Domu tysiąca nocy", gdzie wzajemnie przenikają się dwa równolegle istniejące światy, napotykamy wiele przemyśleń, luźnych wypowiedzeń, lecz przy tym także całą paletę uczuć i emocji. Malwina, jako właścicielka bolesnych doświadczeń, zachwyca się nowym otoczeniem - z jej perspektywy Sorrento to istny raj, piękne widoki, świeże owoce, życie, w którym problemy nie istnieją. A jednak druga bohaterka, Carla, pokazuje, iż postrzeganie tego świata przez Polkę to jedynie złudzenie, fałszywe przekonanie na temat tego, co w rzeczywistości skrywają jego zakamarki.

I choć nie do końca przemówiło do mnie zakończenie tej krótkiej historii, to jednak w dalszym ciągu uważam, iż zdecydowanie warto poświęcić jej odrobinę czasu. Być może nie zmienia ona sposobu myślenia, lecz nasuwa pewne refleksje, a dodatkowo stanowi kawałek naprawdę dobrej literatury. Wierzę również, że "Dom tysiąca nocy" to jedna z tych książek, do których po pewnym czasie trzeba wrócić, gdyż można odczytywać ją na wiele sposobów. I zawsze znajdować w niej coś nowego.


 Recenzja napisana dla portalu Lubimy Czytać.

środa, 4 maja 2011

"Zabawa w miłość" Margaux Fragoso


Zabawa w miłość” to zarówno debiut powieściowy, jak i autobiografia Margaux Fragoso, trzydziestoletniej Amerykanki. Poprzez słowo pisane dzieli się ona swoją historią. Historią wstrząsającą i szokującą do granic możliwości.

Margaux poznajemy, kiedy dziewczynka ma zaledwie siedem lat. Jest wychowywana przez psychicznie chorą matkę oraz ojca, który nie stroni od alkoholu, a nawet ucieka się do przemocy, próbując okiełznać dość trudny charakter córki. Pewnego dnia, bawiąc się na basenie, Margaux poznaje dorosłego mężczyznę – pięćdziesięcioletniego Petera. Początkowa przyjaźń z czasem przeradza się w niebezpieczny „związek”, który będzie trwał aż przez kolejne piętnaście lat. I choć dziewczynka, następnie nastolatka, a w końcu młoda kobieta doskonale zdaje sobie sprawę, iż stała się ofiarą pedofila, to wciąż odczuwa, że z oprawcą łączy ją nadzwyczajna więź, której nie potrafi zniszczyć.

Podczas lektury niejednokrotnie nasuwało mi się pytanie: dlaczego ona tak po prostu się na to wszystko godziła? Bo niezrozumiały jest dla mnie fakt, iż siedmioletnia dziewczynka, stopniowo dojrzewając, może świadomie i dobrowolnie pozwalać dorosłemu mężczyźnie na wielokrotne wykorzystywanie seksualne. I, w moim mniemaniu, nie tłumaczy tego żadna więź emocjonalna, choć można było wyczuć w słowach autorki, iż Peter był dla niej kimś więcej niż tylko „znajomym”. Margaux doskonale zdawała sobie sprawę, iż ich relacje są mocno nieodpowiednie, wiedziała, że kilkunastoletnia dziewczyna nie powinna spędzać czasu z mężczyzną, który mógłby być zarówno jej ojcem, jak i dziadkiem. Obserwowała swoje koleżanki, które spotykały się z rówieśnikami i miała świadomość tego, że jest w jakiś sposób „inna”. Jednakże brak zainteresowania ze strony rodziców doprowadził w konsekwencji do tego, że Margaux, pomimo wszelkich wątpliwości nasuwanych przez otoczenie, zaczęła traktować Petera jak kochanka, przyjaciela, towarzysza zabaw, a w ostateczności – jak ojca. Dlatego też w jej umyśle narodziło się silne uczucie, które nie pozwalało jej zerwać kontaktów z mężczyzną.

Biorąc tę książkę do ręki, spodziewałam się trudnej, przytłaczającej historii. Jednakże w rzeczywistości opowieść Margaux Fragoso okazała się być łatwa w odbiorze, momentami nawet zabawna, a co więcej - pokusiłabym się wręcz o stwierdzenie, że „Zabawa w miłość” jest książką przyjemną. Być może wynika to z faktu, iż nie jest to bezpośredni pamiętnik autorki, a sprawnie napisana powieść. Ponadto, jeśli się dobrze przyjrzymy, to z łatwością zauważymy, iż pomimo szokującego tematu lektura ta fascynuje i daje czytelnikowi nadzieję. Nadzieję na to, że każda ofiara ma szansę na wyjście z koszmaru i rozpoczęcie nowego życia. Fragoso pokazuje, iż nawet z pozornie beznadziejnej sytuacji da się wyjść zwycięsko. Trzeba jednak znaleźć w sobie odpowiednią siłę, rozliczyć się z przeszłością i podjąć próbę odbudowania swojego świata na nowo.

Podsumowując, pozwolę sobie przytoczyć słowa innej pisarki – Alice Sebold na temat autobiografii Margaux Fragoso: „(...) Obraz tej relacji jest szokujący i odkrywczy. Jako opowieść ofiary jest poruszający, jako dzieło literackie – genialny”. A od siebie dodam jeszcze tylko dwa słowa: naprawdę warto. 

 
Książka została przekazana od serwisu nakanapie.pl, za co serdecznie dziękuję.

poniedziałek, 17 stycznia 2011

"Okruchy przeszłości" Rachel Hore

 

"Okruchy przeszłości" to trzecia z kolei powieść Rachel Hore, brytyjskiej pisarki. Autorka zabiera nas do Londynu, gdzie toczy się akcja książki. Przyznam, że ogromnie lubię, kiedy właśnie to miasto pojawia się jako tło wydarzeń, dlatego też liczyłam po cichu na miłą, odprężającą podróż do stolicy Anglii wraz z bohaterami powieści. Czy "Okruchy przeszłości" spełniły moje oczekiwania? O tym za chwilę.

Fran Morrison to trzydziestolatka, której życie nigdy nie rozpieszczało - matkę straciła, gdy była małą dziewczynką, zaś z ojcem nigdy nie łączyły jej szczególnie ciepłe relacje. Kobieta postanawia więc wyrwać się z domu, z którym wiążą się jedynie smutne wspomnienia, i rozpocząć zupełnie inne życie - podróżując po świecie oraz poświęcając się muzyce. Kiedy jednak pewnego dnia niespodziewanie otrzymuje wiadomość, iż jej ojciec jest ciężko chory, Fran musi wrócić do rodzinnego domu. Postanawia zająć miejsce ojca w pracowni witraży Minster Glass i wraz z młodym pomocnikiem, Zackiem, podejmuje się rekonstrukcji zniszczonego witraża przedstawiającego pięknego anioła. Dzieło sztuki doprowadza kobietę do pewnej historii z końca XIX wieku, a tym samym przybliża ją do poznania prawdy o własnej matce. Fran odkrywa siłę prawdziwego uczucia, moc przebaczenia i powoli odnajduje swoje miejsce w życiu.

Powieść Rachel Hore to niewątpliwie pozycja należąca do literatury kobiecej, choć niezupełnie. Owszem, pojawiają się w niej dość liczne wątki miłosne, jednakże to nie na nich opiera się główna oś fabuły. Znajdziemy w niej bowiem coś ponad miłość i romanse, autorka postarała się o to, by "Okruchy przeszłości" były powieścią wielowątkową, w której mamy możliwość obserwować losy zarówno głównej bohaterki, Fran, jak i jej przyjaciółki z czasów dzieciństwa, Jo; przystojnego dyrygenta, Bena, który zręcznie potrafi manipulować innymi ludźmi; zagubionego, samotnego, rozpaczliwie poszukującego zrozumienia Zacka; naiwnej, lecz przy tym jakże uroczej Amber. Hore stworzyła całą gamę postaci, lecz nie mogę powiedzieć, by były to wybitnie dobrze dopracowane charaktery, choć oczywiście przy tego typu literaturze nie można wymagać zbyt wiele. Godny uwagi jest za to zabieg, który wprowadziła autorka dla, jak sądzę, urozmaicenia książki - narracja "przeskakuje" co jakiś czas z teraźniejszości do przeszłości, kiedy to mamy okazję poznać historię innej bohaterki, Laury Brownlow, żyjącej w epoce wiktoriańskiej. Zabieg, moim zdaniem, dość ciekawy, z pewnością można go ocenić na plus.

Dobra pozycja dla osób, które lubią powieści obyczajowe lub po prostu mają ochotę na lekką, przyjemną w odbiorze lekturę. "W okruchach przeszłości" z pewnością nie odnajdą się miłośnicy szybkiego rozwoju wydarzeń, wbijających w fotel zwrotów akcji itd. Książka, choć - co trzeba przyznać - jest tylko przeciętnym czytadłem, jakich wiele, ma w sobie pewnego rodzaju ciepło i roztacza wokół bardzo miłą atmosferę. Jeśli ktoś ma ochotę - polecam.

Za egzemplarz recenzyjny dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka.

niedziela, 2 stycznia 2011

"W imię miłości" Jodi Picoult


Pierwszą książką Jodi Picoult, po jaką sięgnęłam, była powieść "Bez mojej zgody". Od tego czasu minął już prawie rok, toteż zdecydowałam się na ponowne spotkanie z twórczością tej pisarki, która ostatnimi czasy stała się niezwykle znana i lubiana wśród czytelników na całym świecie. Tym razem wybór padł na "W imię miłości". Zauroczył mnie chłopczyk z okładki - tyle wystarczyło, aby przekonać mnie do tej pozycji. 

Nina Frost, zastępca prokuratora, zajmuje się głównie prowadzeniem postępowań w sprawach dotyczących przemocy wobec dzieci. Zawsze stara się robić wszystko, co może, aby doprowadzić do skazania sprawcy. Jednakże w ciągu siedmiu lat pracy udało jej się to zaledwie kilka razy - zazwyczaj oskarżony wychodził z sali sądowej jako uniewinniony lub z wyrokiem w zawieszeniu. Toteż kiedy pewnego dnia Nina oraz jej mąż, Caleb, odkrywają, iż ich pięcioletni syn, Nathaniel, padł ofiarą molestowania seksualnego, kobieta, ogarnięta rozpaczą, gniewem i chęcią zemsty, decyduje się na desperacki krok - postanawia sama ukarać człowieka, który skrzywdził jej dziecko. 

Po raz kolejny Jodi Picoult zaserwowała czytelnikom historię, w której przez cały czas toczy się gra na emocjach odbiorców. Pomimo tego, że sama nie jestem jeszcze matką, nietrudno było mi wczuć się w sytuację Niny. Doskonale zdaję sobie sprawę, jakie wrażenie musiała wywrzeć na niej wiadomość, iż jej pięcioletni synek został zgwałcony. Karygodność tego czynu potęguje dodatkowo moment, w którym autorka odkrywa przed nami, kto dopuścił się czegoś tak przerażającego, krzywdzącego, zadającego ból i cierpienie. Dlatego kilkanaście stron dalej, kiedy główna bohaterka decyduje się na samodzielne ukaranie sprawcy, przed czytelnikiem rodzą się pytania natury etycznej i moralnej: czy ta kobieta postępuje słusznie? Co my zrobilibyśmy na jej miejscu? Jak odnaleźlibyśmy granicę pomiędzy dobrem a złem w takiej sytuacji? 

Tym, co charakterystyczne dla książek Picoult i czego nie zabrakło również i w tej, są liczne, wyczerpujące opisy rozpraw sądowych, dokładne analizy wszelkich dowodów ze strony prokuratora i obrony oraz retrospekcje. Momentami może się to wydawać nieco nużące - sama również miałam niekiedy podobne odczucia, jednakże chęć poznania finału historii przyćmiewa wszelkie zgrzyty i potknięcia autorki. Na uwagę zasługuje wieloosobowa narracja, która, moim zdaniem, jest dużym atutem powieści. Czytelnik może prześledzić wydarzenia zarówno z perspektywy Niny, jak i ma możliwość spojrzeć na wszystko z punktu widzenia narratora, który opowiada o wewnętrznych rozterkach pozostałych bohaterów. Daje to szansę na wnikliwą ocenę faktów.

"W imię miłości" to mądra, niezwykle życiowa książka, która pokazuje, ile zła i okrucieństwa może skumulować się w jednym człowieku i ile człowiek może poświęcić i zrobić w imię trwałego, silnego uczucia. Jodi Picoult posiada nietuzinkową umiejętność pisania o sprawach trudnych, bolesnych, ale i prawdziwych, w sposób, który nasuwa czytelnikowi wiele refleksji i nie pozwala na obojętne przejście obok ludzkich tragedii. Polecam, zwłaszcza tym, którzy stronią od tego typu literatury - czasami dobrze wiedzieć, co może dziać się tuż obok nas.

wtorek, 30 listopada 2010

"Koniec wszystkiego" Megan Abbott

 

Czy kiedykolwiek zastanawialiście się, jak zachowalibyście się, gdyby zupełnie niespodziewanie zniknął Wasz najlepszy przyjaciel? W jednej minucie żegnacie się z nim, mówiąc krótkie "Do jutra!", a już za kilka godzin otrzymujecie informację, iż Wasz przyjaciel zaginął. Rozpłynął się w powietrzu, zapadł się pod ziemię. Nikt nie wie, co się wydarzyło, każdy czuje się całkowicie bezradny... W takiej właśnie sytuacji znalazła się Lizzie, trzynastoletnia bohaterka powieści "Koniec wszystkiego" autorstwa Megan Abbott.

Znika trzynastolatka, Eveline Verver. Policja, próbując ustalić jakiekolwiek szczegóły dotyczące sprawy, przesłuchuje osoby z najbliższego otoczenia zaginionej, w tym, między innymi, jej najlepszą przyjaciółkę, wspomnianą już Lizzie. Początkowo dziewczynka nie znajduje w swej pamięci nic, co mogłoby pomóc policji, lecz niespodziewanie zaczyna przypominać sobie coraz więcej szczegółów, które okazują się dobrym tropem. Podobno co noc pod oknem Evie czekał nieznajomy mężczyzna, przyjaciółki miały też wrażenie, że są śledzone... Czy te fakty mają coś wspólnego ze zniknięciem trzynastolatki? Czy uda się ją odnaleźć? Jak się okazuje, prawda tkwi tam, gdzie sama Lizzie najmniej jej oczekuje.

Megan Abbott, dotąd nieznana mi bliżej pisarka, niezwykle zaskoczyła mnie swą powieścią. Bo ogromnym, rzadko spotykanym talentem jest umiejętność pisania o rzeczach trudnych w sposób prosty i lekki. W sposób, który nie męczy czytelnika i odrywa go od rzeczywistości, przenosi do innego świata. Zaletę tę potęguje fakt, iż narratorem jest tu trzynastoletnia dziewczynka, która jednak, jak na swój wiek, jest nadzwyczaj dojrzała. Jej uczucia aż wylewają się na zewnątrz, czytelnik przesiąka nimi do szpiku kości. Przyznaję, że było to dla mnie spore zaskoczenie - nastolatka przedstawiona pod tak ciekawą, dobrze skonstruowaną postacią.

Zamysłem autorki było ukazanie otoczenia zaginionej dziewczynki, dlatego też, oprócz Lizzie, otrzymujemy tu całą gamę różnorodnych postaci. Obserwujemy rodziców Evie, a w szczególności jej ojca, któremu Lizzie próbuje za wszelką cenę pomóc w pogodzeniu się z tragedią; starszą siostrę dziewczynki, Dusty, nastolatkę pełną gniewu, bólu  i niewypowiedzianych słów; syna porywacza - chłopaka zagubionego, przytłoczonego troskami i cierpieniem. Każdy bohater tej powieści wnosi do niej coś nowego, jakąś cząstkę siebie i wyraźnie da się to odczuć podczas czytania.

"Koniec wszystkiego" to książka dość specyficzna, poruszająca trudne, lecz jakże życiowe, tematy. Skłania do refleksji i pozostawia po sobie trwały ślad. Autorka nie wyjaśnia wszystkich kwestii, nie podaje gotowych rozwiązań - niektóre sprawy pozostają ukryte w cieniu, oddane pod obserwację czytelnika. Sami musimy odpowiedzieć sobie na niektóre pytania, lecz czy tak naprawdę ta nutka tajemnicy nie dodaje całości smaku? Gorąco polecam.


 
Za egzemplarz recenzyjny dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka.

czwartek, 26 sierpnia 2010

"Nocna zmiana" Stephen King


Odkąd sięgam pamięcią, zawsze rękami i nogami broniłam się przed wszelkimi opowiadaniami. Nie wiem, z jakiego powodu byłam do nich z góry uprzedzona, gdyż nigdy nie miałam z nimi styczności, toteż uzasadnienia swoich obaw nadal nie potrafię odnaleźć. Jednakże ostatnimi czasy, jako wielbicielka twórczości Stephena Kinga, postanowiłam przełamać opór i sięgnąć po jeden ze zbiorów opowiadań, które ponoć cieszą się wśród czytelników sporym uznaniem. W bibliotece nie miałam dużego wyboru, dlatego też nie mogłam kierować się niczym konkretnym, wypożyczając "Nocną zmianę".

"Nocna zmiana" to zbiór dwudziestu różnorodnych opowiadań, z których nie wszystkie są typowymi horrorami. Część z nich to thrillery psychologiczne, które, w wykonaniu Kinga, również zasługują na pochwałę. Jednakże, jeśli miałabym podsumować cały ten zbiór jednym słowem, to wahałabym się, co do stwierdzenia, że jest dobry. Po przeanalizowaniu spisu treści odnalazłam tylko cztery opowiadania, które, moim zdaniem, w pełni oddają prawdziwy talent Kinga. Reszta to średniej jakości wytwory, niektóre z nich sprawiały wręcz wrażenie napisanych na siłę. Mimo tego, każde opowiadanie jest warte uwagi i na swój sposób niezłe. Kingowi na pewno nie można odmówić pomysłowości i umiejętności wciągania czytelnika w wir wydarzeń. Jak na pewno wiedzą ci, którzy mieli do czynienia z powieściami tego pisarza, w dłuższych formach King ma to do siebie, że potrafi niezwykle wydłużać i spowalniać akcję różnorodnymi opisami, szczegółami z życia bohaterów itp. W opowiadaniach tak nie jest. Wydarzenia toczą się szybko, autor oszczędza czytelnikom zbędnych detali, choć nadal lubi niekiedy wtrącać dłuższe opisy.

Stephen King jest uznawany za króla horroru, a ten zbiór opowiadań w zupełności to potwierdza. Jakby nie patrzeć i analizować każde opowiadanie, całość prezentuje się dobrze, gdyż pisarz od początku do końca utrzymuje ten wspaniały klimat charakterystyczny dla jego dzieł. Wydawać by się mogło, że autor posługuje się utartymi schematami: nawiedzone domy, krwiożercze maszyny, miasteczka zamieszkane przez wampiry czy niezidentyfikowane stwory wychodzące z czeluści szafy. Jednak myślę, że jest to celowo wprowadzony zabieg, mający na celu urzeczywistnienie wydarzeń rozgrywających się na tle tychże miejsc. I rzeczywiście tak też się dzieje, gdyż podczas czytania wielokrotnie rozglądałam się dookoła, tak przekonująco i sugestywnie potrafi pisać King. Moja wyobraźnia miała też duże pole do popisu niemalże przy każdym zakończeniu kolejnego opowiadania, ponieważ autor zastosował tzw. otwarte zakończenia - czytelnik ma szansę dopowiedzieć sobie resztę historii samodzielnie, gdyż King niczego nie podaje na tacy.

Myślę, że "Nocna zmiana" to smaczny kąsek dla miłośników twórczości Stephena Kinga, tak jak to było w moim przypadku. Dzięki tej książce przekonałam się do opowiadań i obecnie jestem bardzo pozytywnie nastawiona do pozostałych zbiorów tego autora. Jest to niewątpliwie pozycja warta uwagi, zawierająca w sobie wszystko to, co u Kinga najlepsze. Każde opowiadanie jest inne, a to właśnie klucz do sukcesu, gdyż można wśród nich odnaleźć coś odpowiedniego dla siebie: przerażającą historię, po przeczytaniu której będziemy bali się otworzyć własną szafę lub mniej straszną opowieść przedstawiającą wizję końca świata z punktu widzenia samego Stephena Kinga.