Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura angielska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura angielska. Pokaż wszystkie posty

sobota, 30 lipca 2011

"Gorzka czekolada" Lesley Lokko


Trzy zupełnie różne kobiety. Trzy odmienne charaktery. Trzy odrębne historie, które z pozoru nie mają ze sobą nic wspólnego, a jednak - jak się okazuje - są ze sobą nierozerwalnie połączone. Tak w uproszczeniu przedstawia się fabuła "Gorzkiej czekolady" autorstwa Lesley Lokko.

Laura St Lazare, siedemnastoletnia Haitanka, jest wychowywana przez surową babkę, która nie okazuje jej ani krztyny miłości. Gdy niespodziewanie okazuje się, że dziewczyna jest w ciąży, babka odsyła wnuczkę do Chicago, aby zamieszkała ze swą matką i tam urodziła dziecko. W świetle tych wydarzeń, Ameliné, dziewczyna pracująca w domu pani St Lazare jako reste avec, czyli dziewczyna do towarzystwa, również musi zmienić swój los. Opuszcza więc miejsce, w którym spędziła ponad dwadzieścia lat swojego dotychczasowego życia i wyrusza w nieznane...

Równolegle poznajemy trzecią bohaterkę, Melanie, która zamieszkuje jedną z najbogatszych dzielnic Londynu. Pomimo bogactwa i urody, której oprzeć nie może się każdy napotkany mężczyzna, dziewczyna nie czuje się szczęśliwa. Brakuje jej rodzicielskiej troski, ciepła i domowej atmosfery. Matka dba wyłącznie o siebie, a ojciec jest sławnym muzykiem, któremu brak zarówno czasu, jak i chęci na budowanie rodzinnych więzi. Pewnego dnia Melanie przekracza wytyczone jej granice, wskutek czego musi z dnia na dzień przenieść się do innego świata - świata Los Angeles.

Tak oto każda z bohaterek porzuca dotychczasowe życie i rozpoczyna wszystko od nowa...

Bardzo trudno streścić tę powieść w zaledwie kilku zdaniach, wspominając jedynie o najważniejszych elementach fabuły, nie zdradzając niczego ponad to. "Gorzka czekolada" to opowieść wielowątkowa, w której przeplatają się losy trzech kobiet. Z pozoru ich historie mają ze sobą niewiele wspólnego, lecz wraz z rozwojem akcji ich ścieżki życiowe powoli zaczynają się krzyżować. Po przeczytaniu kilkudziesięciu stron otrzymujemy ogólny zarys poszczególnych postaci. Doskonale dostrzega się różnice pomiędzy trzema głównymi bohaterkami - Laura to osoba, która pomimo wszelkich kłopotów potrafi radzić sobie z życiem na swój własny sposób, dzięki czemu zawsze udaje jej się wyjść na prostą; Ameliné, choć boi się zmian i nie zna świata poza domem swojej chlebodawczyni, w rzeczywistości jest gotowa do podejmowania wyzwań i spełniania marzeń; Melanie, mimo pozornie uśmiechniętej twarzy, jest niezwykle samotna, pragnie bliskości drugiego człowieka, marzy o prawdziwej miłości, jakiej jeszcze nigdy nie zaznała. Wszystkie te postacie, choć tak od siebie różne, łączy jedno: każda z nich stoi u progu dorosłego życia. A my, czytelnicy, zagłębiając się w lekturę, towarzyszmy im na drodze ku dorosłości, a następnie śledzimy ich poczynania w świecie dojrzałych ludzi.

I mimo iż bohaterki wykreowane przez Lesley Lokko da się lubić, a co więcej - dość szybko zyskały one moją sympatię i nie straciły jej do końca powieści - muszę przyznać, że ilość problemów, którymi "obdarowała" je autorka jest tak ogromna, iż z pewnością niełatwo byłoby mi je wszystkie teraz wymienić. Fakt ten niekorzystnie wpływa na odbiór książki, gdyż cała historia staje się odrobinę nieprawdopodobna, miejscami wręcz przypomina jedną z brazylijskich telenowel. Mimo tego (a może właśnie dzięki temu?), „Gorzka czekolada” jest naprawdę dobrym czytadłem, idealnym dla chwili relaksu i odprężenia. Doskonale sprawdza się w pochmurne dni, kiedy trzeba czymś wypełnić wolno upływający czas. Dodatkowym smaczkiem w tej powieści jest wielokrotna zmiana miejsca wydarzeń, dzięki czemu mamy okazję odwiedzić zarówno opływającą w luksusy Amerykę, jak i ogarnięte wojną Haiti, piękną Francję, pochmurną Anglię, a nawet egzotyczną Ghanę. 

„Miłość, seks, przygoda, wielki świat. Czy trzeba czegoś więcej?"* Jeśli uważacie, że to wystarczy, to zachęcam do sięgnięcia po "Gorzką czekoladę", która pokazuje, że życie niekoniecznie musi być ani gorzkie, ani - tym bardziej - słodkie.

*"Daily Express"

 
Recenzja napisana dla portalu Lubimy Czytać.

wtorek, 5 lipca 2011

"Przestrzeń za Szkłem" Simon Mawer


Najpierw zachwyciła mnie okładka. Niby prosta, zwyczajna, a jednak ma w sobie to "coś", co przyciągnęło moją uwagę i sprawiło, że zapragnęłam odwiedzić Przestrzeń za Szkłem niemalże natychmiast.

W nowo powstałej Czechosłowacji Viktor Landauer, zamożny magnat samochodowy, oraz jego piękna małżonka Liesel zlecają budowę swego nowego domu niemieckiemu architektowi, Rainerowi von Abtowi. W ten sposób rodzi się wyraziste tło powieści - ogromna willa, w całości wykonana ze szkła. Staje się ona swoistym symbolem nowoczesności, postępu i rozwoju. Na przestrzeni ponad siedemdziesięciu lat ubiegłego wieku - od czasu zakończenia I wojny światowej aż po upadek komunizmu - dom ten splata ze sobą losy wielu ludzi, wielokrotnie zmienia swe przeznaczenie, a jego szklane ściany niezwykle wyraziście odbijają wszelkie tragedie i zawirowania wstrząsające światem.

Właściwie ogromnie ciężko streścić w zaledwie kilku zdaniach, o czym opowiada "Przestrzeń za Szkłem". Jest to powieść specyficzna, gdyż pomimo niemałej ilości bohaterów przewijających się przez kolejne rozdziały i strony główną postacią, wokół której skupia się reszta, jest szklana willa. To właśnie ona staje się centrum świata wykreowanego przez Simona Mawera. Jest to miejsce, które początkowo ma spełniać funkcje "zwyczajnego" domu mieszkalnego i choć w oczach sąsiadów wzbudza to niemałą sensację, to Landauerowie są oczarowani pomysłem i wyobraźnią architekta. Przez kolejne dziesięciolecia, przetrwawszy zawieruchę wojenną, naloty i ataki bombowe, szklany dom niejednokrotnie zmienia zarówno swych właścicieli, jak i rolę, którą pełni. Przeistacza się w schron uchodźców, bazę Sowietów, salę gimnastyczną. I choć nie jest to już ta sama pierwotna Przestrzeń za Szkłem, to jednak wciąż odbija ona każdy ruch przebywającego w niej człowieka, prześwietla go na wylot i sprawia, że budzi się w nim chęć szczerości i otwartości wobec innych. 

Sposób, w jaki autor przedstawił, a wręcz wykreował szklany dom, zachwycił mnie niejednokrotnie podczas lektury. I pomimo iż nie było łatwo zatopić się w tej powieści - bo warto dodać, że nie jest to książka łatwa, taka, którą czyta się szybko, lecz równie prędko ulatuje ona z pamięci - to jednak odnalazłam w niej to, czego szukam w naprawdę dobrej literaturze. Bez wahania mogę powiedzieć, iż "Przestrzeń za Szkłem" to pozycja wartościowa, zdecydowanie z górnej półki. Nie odnajdziemy tu jednak wartkiej akcji czy nagłych zwrotów wstrząsających bohaterami, nie. Nie na tym skupił się Mawer, choć w gruncie rzeczy nie można także powiedzieć, że brak w tej powieści jakichkolwiek porywów. Jednakże styl, którym posłużył się autor zwraca uwagę czytelnika na zupełnie inne aspekty książki, dzięki czemu doskonale wyczuwa się atmosferę i klimat panujący w Przestrzeni za Szkłem - atmosferę duszną, przywodzącą na myśl niezwykle ciasny pokój, pomimo iż szklany dom to najbardziej przejrzyste i przestronne miejsce, jakie można sobie wyobrazić.

"Simon Mawer doskonale opisuje ludzkie namiętności, meandry pamięci oraz magię tego niezwykłego domu"*. Mam nadzieję, że każdy, kto zdecyduje się odwiedzić Przestrzeń za Szkłem poczuje ten niepowtarzalny nastrój wypełniający jej wnętrze. I zechce pozostać tam na dłużej, na nowo odkrywając magię i urok tego miejsca.

*"The Daily Telegraph"

 Recenzja napisana dla portalu Lubimy Czytać.

czwartek, 14 kwietnia 2011

"Numery. Czas uciekać" Rachel Ward


Do "Numerów" zachęciły mnie pozytywne recenzje. Wielu blogerów zachwycało się debiutem literackim Rachel Ward, brytyjskiej pisarki, która rozpoczęła swoją karierę zdobywając lokalną nagrodę pisarzy na Festiwalu Frome w Anglii w roku 2006. Otrzymała ją za krótkie opowiadanie, które stało się pierwszym rozdziałem powieści "Numery". Ten fakt zaintrygował mnie dość mocno. Na tyle mocno, że do lektury zasiadłam z dużymi wymaganiami. Jak się okazało - zbyt dużymi. Ale po kolei.

Piętnastoletnia Jem nie najlepiej radzi sobie ze swoim życiem. Jej matka zmarła, gdy dziewczynka miała zaledwie siedem lat. Właśnie wtedy odkryła, co oznaczają numery, które pojawiają się w jej głowie, kiedy patrzy komuś prosto w oczy - to data śmierci tej osoby. Jem zdaje sobie sprawę, że ten dar to w rzeczywistości ogromne przekleństwo. Unika nawiązywania głębszych relacji z innymi ludźmi, gdyż wie, że zawsze będzie skazana na obecność numerów. Jednak pewnego dnia jej ścieżka życiowa niespodziewanie zaczyna krzyżować się ze ścieżką drugiej osoby - ciemnoskórego Pająka, chłopaka wychowywanego przez babcię. A kiedy oboje są świadkami ataku terrorystycznego, ich losy łączą się na dobre.

Po literaturę młodzieżową sięgam wtedy, gdy moją uwagę przyciągnie przynajmniej jedna z trzech rzeczy: opis fabuły, okładka lub pozytywne recenzje innych blogerów. W przypadku książki Rachel Ward wszystkie te wymienione elementy zachęciły mnie do lektury. Wydawało mi się, że pomysł jest oryginalny - żadnych wampirów, wilkołaków i tym podobnych istot. Tym razem numery, a to już jakiś powiew świeżości. I rzeczywiście, fabuła okazała się dość ciekawa, choć muszę przyznać, że momentami odczuwałam lekkie znużenie. Przez wiele stron ciągnęła się ucieczka Jem i Pająka przed policją, a nie działo się prawie nic, oprócz tego, że co parę rozdziałów bohaterowie zmieniali swoją kryjówkę. Niestety, choć powinnam czytać tę książkę z rosnącym napięciem, to tego właśnie zabrakło. Przewracałam kolejne kartki bez większych emocji, czytając kolejne rozdziały bez wypieków na twarzy. Punktem zwrotnym okazało się być zakończenie, które, choć przewidywalne, nieco zachęciło mnie do sięgnięcia po kontynuację losów głównej bohaterki.

Jednakże mankamenty fabularne nie okazały się być największą wadą "Numerów", bowiem tym, co w największym stopniu sprawiło, że moje wrażenia po lekturze są raczej negatywne, był język. Zdaję sobie sprawę, że w tej kwestii można winić przede wszystkim tłumacza, aczkolwiek sądzę, że i oryginał książki nie jest pod tym względem lepszy. Raziły mnie liczne przekleństwa, mnogość slangowych wyrażeń, kolokwializmów i tym podobnych "kwiatków". Być może taki język był celowym zabiegiem, zamysłem autorki, którego ideą było jak najbardziej sugestywne przedstawienie bohaterów z marginesu społecznego, którzy większość swojego życia spędzili na londyńskich ulicach. Jednak, niestety, w moim przypadku nie wpłynęło to korzystnie na ocenę książki. Choć zazwyczaj toleruję w powieściach wulgaryzmy i potoczne wyrażenia, to uważam, że w "Numerach" było ich zdecydowanie za dużo.

Jestem pewna, że osoby, które gustują w literaturze młodzieżowej sięgną po tę książkę bez względu na jej wady, tak więc pozostaje mi jedynie przypomnieć, iż w lutym ukazała się kontynuacja losów Jem i pozostałych bohaterów - "Numery. Chaos". Zainteresowanych odsyłam na stronę internetową Wydawnictwa Wilga.

 
Za egzemplarz recenzyjny dziękuję Wydawnictwu Wilga.

piątek, 4 lutego 2011

"Dopóki mamy twarze" Clive Staples Lewis

 

Clive Staples Lewis, autor książki "Dopóki mamy twarze", jest kojarzony przede wszystkim ze słynnym cyklem siedmiu powieści fantasy - "Opowieści z Narnii". Jako, że nie należę do wielbicieli tej serii, postanowiłam zwrócić uwagę na inne dzieło autora, niemalże nieznane w naszym kraju. Zachęciła mnie ładna okładka oraz opis wydawcy, zapowiadający ciekawą lekturę. 

W starożytnej krainie Glome, w której władzę sprawuje bezwzględny król Trom, dorastają dwie księżniczki - piękna Rediwal oraz Orual, której Matka Natura poskąpiła urody. Pewnego dnia na świat przychodzi trzecie dziecko, Psyche, dziewczynka o tak niezwykłej urodzie i cudownym charakterze, że lud zaczyna traktować ją jak boginię. Sprawy w królestwie mają się dobrze, aż do czasu, kiedy na kraj spada plaga nieszczęść i katastrof - w pałacu zaczyna brakować zboża, tajemnicza zaraza dziesiątkuje ludność... Jak się okazuje, to czczona w Glome bogini Ungit domaga się krwawej ludzkiej ofiary. Kapłani zwracają się w stronę otoczenia władcy... 

„Dziecko, wyrazić dokładnie to, co masz na myśli, wyrazić w całości, ni mniej ni więcej tylko to, co rzeczywiście pragniesz powiedzieć - oto cała radość sztuki słowa.”[1]

Zrecenzowanie tej książki to dla mnie nie lada wyzwanie. Nie sięgnęłam po tę powieść ze względu na nazwisko autora. Właściwie nie wiedziałam, czego mogę się spodziewać. "Dopóki mamy twarze" było dla mnie zagadką, jednakże po przeczytaniu kilku pierwszych rozdziałów przekonałam się, że warto było zaryzykować. Lektura okazała się być naprawdę ciekawa i - co ważne - wciągająca. Jest to swoista reinterpretacja mitu o Psyche i Erosie, bogu miłości. Jednakże nie stanowi to głównej osi fabuły; autor wykorzystał grecki mit jako tło powieści, uzupełniające zupełnie inną historię. 

Narratorką powieści jest Orual, najstarsza córka króla, która swoją szkaradną twarz stale zasłania welonem. C.S. Lewis uczynił ją postacią pierwszoplanową, gdyż książka opiera się właśnie na jej osobie, a dokładniej - na jej bezgranicznej miłości do przyrodniej siostry, Psyche. Orual była gotowa poświęcić wszystko, co miała, aby uczynić siostrę szczęśliwą i bezpieczną. Kiedy bogowie odebrali jej możliwość kierowania losem siostry, popadła w stan niewysłowionej rozpaczy. Pragnęła odzyskać dawne życie, nie bacząc na to, czego tak naprawdę chciała jej siostra. Idealnie pokazuje to nam, czytelnikom, jak łatwo możemy stać się największymi wrogami najbliższych dla nas osób. Niekiedy nawet miłość potrafi przerodzić się w nienawiść, w której królują ból i gniew oraz tysiące tłumionych, niewypowiedzianych słów. 

„Zobaczyłam, dlaczego bogowie nie przemawiają do nas wprost, ani też nie pozwalają nam udzielić odpowiedzi. Dopóki te słowa nie zostaną z nas wydobyte, dlaczego mieliby słuchać czczej gadaniny, która zdaje nam się stosownym wyrazem naszych myśli? Jak mogą spotkać się z nami twarzą w twarz, dopóki mamy twarze?”[2]

"Dopóki mamy twarze" można interpretować na wiele sposobów, i tak też można ją czytać - jako niezwykle wciągającą opowieść o siostrzanej miłości, która doprowadziła do nieszczęścia lub jako wieloznaczną historię poruszającą wiele tematów bliskich człowiekowi: wiara, miłość, nienawiść, zdrada, śmierć. C.S. Lewis, opowiadając starożytny mit na nowo, stworzył misterną sieć słów, składającą się z opowieści o mieszkańcach krainy Glome oraz rozważań natury filozoficznej, zgrabnie wplecionych w całość. Warto zapoznać się z tą pozycją, gdyż niewątpliwie skłania ona do refleksji, a jednocześnie stanowi wyśmienitą ucztę literacką.

[1] "Dopóki mamy twarze" Clive Staples Lewis, Wydawnictwo Esprit, Kraków 2010, str. 337
[2] Tamże, str. 337


Za książkę dziękuję Wydawnictwu Esprit.

poniedziałek, 17 stycznia 2011

"Okruchy przeszłości" Rachel Hore

 

"Okruchy przeszłości" to trzecia z kolei powieść Rachel Hore, brytyjskiej pisarki. Autorka zabiera nas do Londynu, gdzie toczy się akcja książki. Przyznam, że ogromnie lubię, kiedy właśnie to miasto pojawia się jako tło wydarzeń, dlatego też liczyłam po cichu na miłą, odprężającą podróż do stolicy Anglii wraz z bohaterami powieści. Czy "Okruchy przeszłości" spełniły moje oczekiwania? O tym za chwilę.

Fran Morrison to trzydziestolatka, której życie nigdy nie rozpieszczało - matkę straciła, gdy była małą dziewczynką, zaś z ojcem nigdy nie łączyły jej szczególnie ciepłe relacje. Kobieta postanawia więc wyrwać się z domu, z którym wiążą się jedynie smutne wspomnienia, i rozpocząć zupełnie inne życie - podróżując po świecie oraz poświęcając się muzyce. Kiedy jednak pewnego dnia niespodziewanie otrzymuje wiadomość, iż jej ojciec jest ciężko chory, Fran musi wrócić do rodzinnego domu. Postanawia zająć miejsce ojca w pracowni witraży Minster Glass i wraz z młodym pomocnikiem, Zackiem, podejmuje się rekonstrukcji zniszczonego witraża przedstawiającego pięknego anioła. Dzieło sztuki doprowadza kobietę do pewnej historii z końca XIX wieku, a tym samym przybliża ją do poznania prawdy o własnej matce. Fran odkrywa siłę prawdziwego uczucia, moc przebaczenia i powoli odnajduje swoje miejsce w życiu.

Powieść Rachel Hore to niewątpliwie pozycja należąca do literatury kobiecej, choć niezupełnie. Owszem, pojawiają się w niej dość liczne wątki miłosne, jednakże to nie na nich opiera się główna oś fabuły. Znajdziemy w niej bowiem coś ponad miłość i romanse, autorka postarała się o to, by "Okruchy przeszłości" były powieścią wielowątkową, w której mamy możliwość obserwować losy zarówno głównej bohaterki, Fran, jak i jej przyjaciółki z czasów dzieciństwa, Jo; przystojnego dyrygenta, Bena, który zręcznie potrafi manipulować innymi ludźmi; zagubionego, samotnego, rozpaczliwie poszukującego zrozumienia Zacka; naiwnej, lecz przy tym jakże uroczej Amber. Hore stworzyła całą gamę postaci, lecz nie mogę powiedzieć, by były to wybitnie dobrze dopracowane charaktery, choć oczywiście przy tego typu literaturze nie można wymagać zbyt wiele. Godny uwagi jest za to zabieg, który wprowadziła autorka dla, jak sądzę, urozmaicenia książki - narracja "przeskakuje" co jakiś czas z teraźniejszości do przeszłości, kiedy to mamy okazję poznać historię innej bohaterki, Laury Brownlow, żyjącej w epoce wiktoriańskiej. Zabieg, moim zdaniem, dość ciekawy, z pewnością można go ocenić na plus.

Dobra pozycja dla osób, które lubią powieści obyczajowe lub po prostu mają ochotę na lekką, przyjemną w odbiorze lekturę. "W okruchach przeszłości" z pewnością nie odnajdą się miłośnicy szybkiego rozwoju wydarzeń, wbijających w fotel zwrotów akcji itd. Książka, choć - co trzeba przyznać - jest tylko przeciętnym czytadłem, jakich wiele, ma w sobie pewnego rodzaju ciepło i roztacza wokół bardzo miłą atmosferę. Jeśli ktoś ma ochotę - polecam.

Za egzemplarz recenzyjny dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka.

czwartek, 19 sierpnia 2010

"Dziecko ulicy" Judy Westwater


Serię książek "Pisane przez życie" darzę ogromną sympatią, toteż gdy zobaczyłam na bibliotecznej półce "Dziecko ulicy" niemalże od razu miałam ochotę rozpocząć czytanie. Jest to kolejna książka z gatunku literatura faktu, poruszająca niełatwe, aczkolwiek prawdziwe tematy. Autorką jest Judith Westwater, z pochodzenia Brytyjka, obecnie sześćdziesięcioletnia kobieta, która wyszła z cienia przeszłości i przedstawiła światu swoje bolesne wspomnienia. 

Na pewno nikt nie chciałby iść przez dorosłe życie z bagażem przykrych doświadczeń, które nieustannie przypominają mu o tragicznym dzieciństwie. Niestety, Judy Westwater przeżyła wiele złego, czego nie powinno doświadczyć żadne dziecko. O tym właśnie postanowiła opowiedzieć w swej książce. Jako dwuletnia dziewczynka została porzucona przez matkę i oddana pod opiekę sadystycznego ojca, który nie miał żadnych oporów przed katowaniem córki. Judy musiała radzić sobie sama z ciężkimi pracami domowymi, do których zmuszała ją kochanka ojca, a także stale kryć się przed złością i furią obojga opiekunów. Po przeprowadzce do Johannesburga, będąc już dwunastoletnią dziewczynką, Judy uciekła od swych oprawców i przez ponad dziewięć miesięcy mieszkała na ulicach afrykańskiego miasta, gdzie również spotkało ją wiele przykrych rzeczy. Wtedy też postanowiła, że, jeśli przeżyje, w przyszłości będzie pomagać dzieciom takim, jak ona - bezdomnym, niekochanym, zaniedbanym przez najbliższych. 

Najbardziej przerażającą myślą, która stale towarzyszyła mi podczas czytania książki, była świadomość tego, że opisana w niej historia wydarzyła się naprawdę. Bo, uwierzcie, to, o czym opowiedziała Westwater, jest naprawdę wstrząsające i aż ciężko znaleźć mi odpowiednie słowa, by to jakkolwiek inaczej określić. Momentami ciężko było mi się skupić na czytaniu, gdyż targały mną tak silne emocje, których nie potrafiłam zahamować. Nie mam pojęcia, jak człowiek może drugiemu człowiekowi zgotować takie piekło, zwłaszcza swojej własnej córce, która przecież nie była niczemu winna. Ojciec głównej bohaterki był tak okrutnym człowiekiem, że, gdybym mogła wymierzyć mu karę, to nie wiem, czy znalazłabym jakąś odpowiednio surową, która sprawiłaby mu taki sam ból i cierpienie, jaki on sprawił swojemu dziecku. Dziewczynka nie miała prawdziwego dzieciństwa, nigdy nie zaznała spokoju, miłości, rodzinnego ciepła. Była skazana na życie w samotności, nawet ukochana przytulanka została jej brutalnie odebrana przez ojca. 

Jeśli chodzi o stronę techniczną książki, to w gruncie rzeczy niewiele mogę na ten temat powiedzieć. Głównym celem autorki było ubranie w słowa swojej historii, podzielenie się bolesnymi wspomnieniami i okrutnymi doświadczeniami. W "Dziecku ulicy" nie znajdziemy zatem barwnych opisów, bogatego słownictwa itp., aczkolwiek w przypadku tej książki nie to było ważne. Literatura faktu nie wymaga pięknego języka, gdyż tu najważniejsza jest treść i to, co autor chce przekazać czytelnikom. 

Cieszę się, że tacy ludzie jak Judith Westwater decydują się na opowiedzenie innym o swoich cierpieniach. Na pewno jest to pewien rodzaj "oczyszczenia", uwolnienia się od niemiłych wspomnień. Tego typu książki nie sprawiają, że na naszych twarzach pojawia się uśmiech, jak to zwykle bywa po przyjemnej lekturze, wręcz przeciwnie - są one przejmujące i niezwykle poruszające, nie pozwalają zapomnieć o losach bohaterów przez długi czas. Tak też jest w przypadku "Dziecka ulicy". Na pewno zapamiętam historię Judy i będę ją wspominać jeszcze niejednokrotnie.